Bolesław Hejduk - Reministencje z pracy w LP

W czerwcu 1946 roku, władze oświatowe w Poznaniu zaproponowały studentom Wydziału Lekarskiego, Studium Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Poznańskiego, objęcie wolnych posad w nowo powstałych szkołach na Ziemiach Zachodnich. Według ówczesnych koncepcji przyjęte do pracy osoby, po przepracowaniu dwóch lat, otrzymywały płatne urlopy na dokończenie studiów. Osobiście należałem do tej grupy studentów.

Po otrzymaniu z kuratorium skierowania do Państwowego Liceum Pedagogicznego w Sulechowie, niezwłocznie wyjechałem do nowego miejsca pracy. Na dworcu sulechowskim wysiadłem z pociągu wieczorem. Dyżurny kolejarz doradził skorzystać z noclegu w pobliskim Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym (PUR). Wypoczęty, następnego dnia rano udałem się do mojej szkoły. Miasto zdawało się być pogrążone we śnie . Na wyludnionych ulicach najczęściej można było spotkać bezpańskie zgłodniałe psy i koty. Idąc samotnie mijałem wypalone domy, kikuty kominów, kopce gruzów - to wszystko zdawało się upiornie straszyć tych, którzy ośmielali się tu przybyć, zamieszkać i organizować życie od nowa. Jakoś lepiej się poczułem, gdy dobrnąłem do celu mojej wędrówki. Gmach liceum usytuowany w pięknym parku wyglądał interesująco. Duży internat zbudowany z czerwonej cegły prezentował się także okazale. Jedynie przedmiot moich zainteresowań - sala gimnastyczna, była skromna, mała, jakby przysiadła przy wysokim budynku internackim. Długo, z zaciekawieniem przyglądałem się obiektom szkolnym, w których zamierzałem rozpocząć pracę. Pomyślałem, jak dobrze się stało, że los oszczędził tak ważną placówkę oświatową przed pożarem i dewastacją.
Moje rozmyślania przerwał męski głos: "a pan w jakiej sprawie"? Przede mną stał mężczyzna w średnim wieku, niewysoki, o bladej twarzy, z rudym zarostem i ze śladami piegów. Był to dyrektor tutejszej szkoły pan Antoni Maćkowiak.

Grono LP

Po wyjaśnieniu celu mojego przyjazdu, zostałem zaproszony do mieszkania państwa dyrektorostwa, gdzie poznałem panią Janinę Maćkowiakową z zawodu również nauczycielkę. Podczas godzinnej rozmowy, będąc najczęściej indagowany przez panią domu, krótko przedstawiłem ważniejsze zdarzenia z mojego życia, nie omieszkając oznajmić, że za parę dni zawieramy związek małżeński. Z zadowoleniem usłyszałem zapewnienie, że otrzymam rodzinne mieszkanie przyległe do internatu. Z Sulechowa wyjeżdżałem z przekonaniem, że w tym mieście, w tej szkole, rozpocznę wędrówkę w swoje samodzielne dorosłe życie.

Ponownie do Sulechowa przyjechałem 30 sierpnia 1946 roku. Mimo, że byłem po ślubie nie otrzymałem przyobiecanego mieszkania. Ulokowano mnie w skromnie urządzonym pokoju w internacie męskim. Ubikacje, umywalnia wspólne z młodzieżą. Zawiedziony pomyślałem, jak tutaj ułoży się życie, gdy za miesiąc na stałe przyjedzie moja żona? Mimo to zabrałem się do pracy. Ponieważ nie było kierownika internatu, dodatkowo obdarzono mnie i tą funkcją. Na pierwszej radzie pedagogicznej przydzielono mi wychowawstwo na tzw. "niższym kursie". W klasie tej zebrano ponad czterdzieścioro dziewcząt i chłopców w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Posiadali oni najczęściej ukończoną w trybie przyśpieszonym szkołę podstawową. Po czterech latach moi uczniowie zdawali maturę w dwóch terminach - w styczniu lub w czerwcu 1950 roku. Kto w jakim czasie, uzależnione było od stopnia opanowania programowego materiału nauczania. Na wspomnianej radzie dowiedziałem się, że będę uczył wychowania fizycznego, biologii i przysposobienia wojskowego w wymiarze czterdziestu ośmiu godzin tygodniowo! Pracy miałem w bród; od godziny 6.30 to jest od pobudki, do 22.00 czyli do nocnego silentium. Czas ten wypełniały lekcje przedpołudniowe, zajęcia pozalekcyjne z zakresu wychowania fizycznego i sportu oraz dyżury w internacie. Dzięki temu, miałem sporo okazji, aby wszechstronnie poznać swoich wychowanków.

Ówczesną społeczność uczniowską stanowiła młodzież zróżnicowana wiekowo, posiadająca bogate doświadczenia życiowe. Moi uczniowie przybyli nieomal z całej Europy. Najwięcej było repatriantów zza Bugu, sporą grupę tworzyli wywiezieni na przymusowe prace do Niemiec, część uczennic i uczniów rekrutowała się z tak zwanej Polski centralnej. Nie zabrakło przedstawicieli reemigrantów z Francji, z Niemiec, jak również z sąsiedniej Babimojszczyzny. Byli tacy, którzy zaliczyli pobyt w więzieniach i w łagrach, względnie działali w konspiracji. Niektórzy walczyli w partyzantce i w szeregach Armii Polskiej.
Aby otrzymać zakwaterowanie w internacie uczniowie zobowiązani byli przywieźć z domu łóżko z materacem względnie z siennikiem, pościel, talerze, sztućce. Szafki do rzeczy przywożono z miejscowych koszar. Stoły i ławki - do szkoły i jadalni, zwozili nauczyciele z młodzieżą wojskowymi samochodami z Krosna i z Gubina. Zbierane w różnych miejscowościach umeblowanie po pewnym czasie przysporzyło sporo kłopotów i utrapień. Razem z materialnymi dobrami - przywieziono pluskwy. Walka z tymi insektami trwała przez wiele miesięcy. Mimo trudności i przeszkód napotykanych przy ulepszaniu warunków bytowych szkoły, nigdy nie było problemu z podejmowaniem nowych inicjatyw i czynów na rzecz środowiska. Na przykład w pierwszych powojennych latach, licealiści klas starszych uczyli w miejscowej Jednostce Wojskowej żołnierzy analfabetów pisania, czytania i arytmetyki. O ile młodzi kandydaci na nauczycieli chętnie, bez sprzeciwu uczestniczyli w odbudowie szkolnej bazy, o tyle w zakresie przyswajania wiedzy zgodnej z obowiązującą ideologią przychodziło im z trudnością. Niełatwo i opornie przyswajała młodzież argumenty dotyczące przodującej w świecie nauki radzieckiej. Wiele zabiegów i starań ze strony władzy oświatowej wymagało przybliżenie sztandarowych postaci naukowych jakimi w tamtym czasie byli Iwan Miczurin i Trofim Łysenko.

Nie wolno zapominać, że znaczna część ówczesnych uczniów, razem ze swoimi rodzicami, przeżyła gehennę wojenną. To oni z reguły okazywali nieufność do nowej rzeczywistości. Mimo zauważalnych osiągnięć w rozbudowie szkolnej placówki, nie obyło się bez dodatkowych trudnych problemów.

"W 1949 roku grupa młodzieży opozycyjnej, głównie studenckiej oraz uczniów Liceum Pedagogicznego w Sulechowie, zawiązała nielegalną organizację pod nazwą Konspiracyjny Związek Patriotów Polskich. Celem KZPP, jak stwierdzał statut, była walka z komuną a przede wszystkim z bolszewizmem. Walka ta polegała na przeciwstawieniu się propagandzie komunistycznej, demaskowaniu kłamstwa, zwalczaniu kolektywizacji wsi, tworzeniu atmosfery wrogości wokół działaczy komunistycznych, a na dalszą metę przygotowanie zbrojnego powstania gdy zaistnieją sprzyjające okoliczności. Związek został zadenuncjowany. Niebawem nastąpiły liczne aresztowania na Uniwersytecie Poznańskim oraz na terenie obecnego województwa zielonogórskiego. Liderów i członków związku, Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu skazał na długoletnie więzienie. Podobne wyroki wydały sądy wojskowe w innych województwach."

Powyżej przytoczyłem relację Zbigniewa Bantle współorganizatora postakowskiego podziemia na terenie Sulechowa. Na mocy ustawy Sejmu Rzeczypospolitej z dnia 23 lutego 1991 roku, skazany uprzednio przez PRL na 15 lat więzienia, Zbigniew Bantle został uniewinniony.

Jako nauczyciel wychowania fizycznego musiałem pomyśleć o swoim warsztacie pracy. Jego stan przedstawiał się skromnie. W spuściźnie po poprzednikach pozostała mało funkcjonalna sala gimnastyczna, niska, ze zniszczoną podłogą, o wymiarach 20 x 10. W narożniku stał żeliwny piec do centralnego ogrzewania. Nie było żadnych urządzeń, sprzętu, przyborów.

Stosunkowo dużo wolnej przestrzeni dookoła gmachów szkolnych, stwarzało możliwość rozbudowy boisk do gier sportowych. Zdając sobie sprawę, że nie można liczyć na pomoc finansową ze strony władz oświatowych, w roku szkolnym 1946-47 nauczyciele wspólnie z młodzieżą postanowili sposobem gospodarczym wybudować: boisko do koszykówki i siatkówki, skocznie w dal i wzwyż, odrestaurować zdewastowaną salę gimnastyczną oraz zniwelować boisko do piłki nożnej. Nie można pominąć ważnych cech wychowawczych, które zdołano osiągnąć przy okazji budowy urządzeń sportowych.

Ofiarność i zapał w pracy, inicjatywa, pomysłowość, wspólna troska o jak najlepsze wyposażenie szkoły, oto znamiona dawnych uczniów. Wymienione wyżej wartości wychowawcze znalazły swój wyraz w dalszej rozbudowie bazy materialnej dla potrzeb sportu szkolnego. W kolejności powstały dwa boiska do piłki ręcznej, tor przeszkód i bieżnia stumetrowa. W czasie zimy, przy sprzyjających warunkach pogodowych, chłopcy rozpryskiwali do późnych godzin nocnych wodę po bitumicznej płycie boiska, z myślą aby następnego dnia na własnej tafli lodowej można było przeprowadzać lekcje i zajęcia sportowe.

Dzięki istnieniu klas typu wychowania fizycznego, posiadaliśmy 25 par łyżew z butami, 40 par nart z butami, oraz odpowiednią ilość dresów, skafandrów, spodni narciarskich itp.

Związany profesjonalnie z kulturą fizyczną, pozwolę sobie przypomnieć, że istniejąca w latach pięćdziesiątych w Sulechowie dla dzieci "Szkółka lekkoatletyczna" ,funkcjonowała dzięki zaangażowaniu się licealnych lekkoatletów. Do przyjemniejszych form pracy ze swoimi wychowankami zaliczam sobotnio-niedzielne biwaki zlokalizowane w lesie, kilkudniowe wędrówki piesze po Ziemi Babimojskiej i oczywiście sportowe obozy letnie i zimowe.

Budowa boiska

W ciągu 25 lat istnienia Liceum Pedagogicznego, pięć osób pełniło funkcje dyrektorów. Według opinii nauczycieli jak i absolwentów, najwyższą ocenę otrzymał wieloletni dyrektor Edmund Ciesielski. Usiłując określić cechy osobowości Edmunda, na pierwszy plan wysunąłbym jego predyspozycje pedagogiczne i oddanie się pracy. Na tym odcinku stanowił godny do naśladowania wzorzec. Pracował ofiarnie i uczciwie często za trzech. Od wczesnego rana do późnych godzin nocnych widziało się dyrektora Ciesielskiego w szkole, w sekretariacie, w kancelarii internatu, w uczelniach, w ogrodzie szkolnym. Wspólnie z młodzieżą pracował przy modernizacji i porządkowaniu obiektów szkolnych. Mimo swoich licznych obowiązków często grał z uczniami i nauczycielami w siatkówkę, w koszykówkę lub w piłkę nożną. Inną rzucającą się w oczy cechą u dyrektora to skromność. Nigdy nie miał wygórowanych mniemania o sobie. Nawet w wyglądzie zewnętrznym, w swoim ubiorze, był prostym niepretensjonalnym człowiekiem. W sprawach osobistych poglądów, sądów, przeżywanych stanów psychicznych, rzadko okazywał skłonności do zwierzeń czy wynurzeń. Podczas naszej ponad 30 letniej życzliwej znajomości, zawsze podziwiałem u Edmunda jego pamięć. W sprawach dotyczących swoich wychowanków, z łatwością wymieniał ich dane osobowe oraz podawał trafną charakterystykę. Przez młodzież nazywany "Chłopokiem", ponieważ zgodnie z gwarą wielkopolską często zwracał się do niej - "słuchaj chłopoku", albo - "dziewucho co robisz?". Oczywiście młodzież do takiego sposobu mówienia była przyzwyczajona, a pomimo otrzymanej niekiedy reprymendy, z pogodną twarzą, bez sprzeciwu wykonywała polecenia lubianego Dyrektora. Posiadał on duże poczucie humoru.

Pozwolę sobie przytoczyć zdarzenie, w którym główną rolę odegrał uczeń z mojej klasy typu wychowania fizycznego. Na lekcji muzyki, podczas której starszy wiekiem nauczyciel miał zwyczaj długo, powoli, stroić przy fortepianie skrzypce jakie przynosiła ze sobą młodzież, znudzony oczekiwaniem na rozpoczęcie gry uczeń, postanowił uciec z lekcji wyskakując na podwórze przez otwarte okno. Pech chciał, że w tym samym czasie pod oknem przechodził dyrektor Ciesielski, którego uciekinier nie mógł dostrzec ponieważ parter był wysoki. I stało się; niefortunny skoczek wylądował niemalże na stopie dyrektora. Doskonale zorientowany w sytuacji dyrektor, spokojnie bez podnoszenia głosu, z uśmiechem zapytał: "Kiedy to chłopoku nauczysz się wychodzić drzwiami i przestaniesz zeskakiwać na moje odciski? Po południu zgłosisz się do koksu"...

Pierwsza osoba w szkole miała zwyczaj tych, którzy coś przeskrobali kierować do prac specjalnych, na przykład wrzucania do piwnicy koksu na opał.

Wiosną 1975 roku państwo Maria i Edmund Ciesielscy podjęli decyzję sprzedania swojego domku w Sulechowie i postanowili przeprowadzić się do Oławy. Poczyniony krok motywowali chęcią spędzenia jesieni swojego życia wśród krewnych pani Marii.

Niestety, niedługo było dane udanemu małżeństwu żyć razem w nowym środowisku. W dniu 22 września 1979 roku w Oławie zmarł ogólnie szanowany, długoletni, zasłużony wychowawca i nauczyciel, Dyrektor Liceum Pedagogicznego w Sulechowie. Maria Ciesielska zakończyła życie w 1993 roku w Krotoszynie w domu krewnych męża. Po ekshumacji zwłok Edmunda, państwo Ciesielscy zostali pochowani na cmentarzu krotoszyńskim.

Powyżej przedstawiłem niektóre obrazy z przeszłości najstarszego zakładu kształcenia nauczycieli na Środkowym Nadodrzu. Z uczuciem pełnej satysfakcji pragnę podkreślić, że spośród 2829 absolwentów Liceum Pedagogicznego, zdecydowana większość w swoim dorosłym życiu uzyskała wyższe kwalifikacje zawodowe, zajmując w różnych dziedzinach nauki, kultury i administracji oświatowej znaczące stanowiska.

Miło mi zawiadomić, że około dwadzieścia osób zostało nauczycielami akademickimi. Wypada także zaznaczyć, że w środowisku sulechowskim cenionym historiografem jest nasz absolwent Leon Okowiński. Jego interesujące opracowanie dotyczące pedagogicznych tradycji Sulechowa, zostało zamieszczone w niniejszym informatorze.

W wieku emerytalnym, dysponując nadmiarem wolnego czasu, nie sposób uniknąć rozmyślań i refleksji dotyczących przebytej drogi życiowej. W takiej sytuacji wielu emerytowanych nauczycieli przystąpiło do opisania swoich przeżyć, zdarzeń i wspomnień z dawnych lat. A może tego rodzaju twórczość mogłaby stanowić materiał przyczynkarski do opracowania dziejów oświaty w naszym regionie ?

Bolesław Hejduk
Sulechów, 1998.

Od redakcji: Bolesław Hejduk zmarł latem 2001 roku. W pożegnaniu zasłużonego pedagoga uczestniczyło setki jego koleżanek i kolegów, uczniów i wychowanków.

Komentarze
© 2002- 2018 Sulechowskie Strony created by Sulech 22527130 (47)